Od lat mam swój ulubiony płyn micelarny, jest nim Bioderma Sensibio H2O, jednak jako że lubię odkrywać i testować nowości, od jakiegoś czasu obok mojego faworyta stoi jakiś inny płyn. Raz lepszy, raz gorszy, daję im mimo to szansę, by mógły się wykazać, przy różnych makijażach.
Seria Tołpa. Botanic już wcześniej zwróciła moją uwagę, polubiłam maseczkę, która świetnie nawilża moją skórę, zostawia ją wypoczętą i jędrną. Kusi jeszcze żel pod prysznic, ze względu na swój zapach, myślę więc że i na niego przyjdzie pora.
Kolejnym kosmetykiem po który sięgnęłam, był delikatny płyn micelarny, do demakijażu twarzy, oczu i ust. Niewielka biała butelka, skrywa w sobie 200ml płynu, regularna cena sięga prawie 20zł, na całe szczęście można go również kupić w częstych promocjach za 9,99zł lub 12,99zł.
Mówiąc szczerze podchodziłam do niego z mieszanymi uczuciami, używany bezpośrednio przed nim płyn, innej marki, mocno mnie rozczarował, miałam serdecznie dość tego mojego ciągłego testowania, czekało mnie jednak miłe zaskoczenie.
Płyn Białe Kwiaty idealnie łączy w sobie skuteczność, z delikatnością którą obiecuje producent. Nie straszne mu wyraziste i nasycone kolorami makijaże oczu, nie stanowi dla niego problemu podkład, pomadka, czy tusz. Ze wszystkim rozprawia się szybko i skutecznie, pozostając nadal delikatnym dla skóry, nawet tej nadwrażliwej i wysuszonej.
Nie zauważyłam nadmiernego pienienia, nie ma też mowy o lepkiej, niekomfortowej warstwie, nie doświadczyłam również podrażnienia oczu. Płyn szybko rozpuszcza tusz, eyeliner, domywa cienie, nawet te w ciemnych, mocno nasyconych kolorach.
Używanie takiego płynu to przyjemność, polecam Wam wypróbowanie go, jeśli tylko będzie w promocji. Okazuje się, że producentowi udało się połączyć delikatność ze skutecznością, potrafią to tylko nieliczni. Znalazłam kilka podobnych perełek, choć nadal jest to tylko garstka, wśród całej masy przeciętnych kosmetyków.
Znacie serię Botanic? Jakie produkty tej marki używacie?
czwartek, 30 kwietnia 2015
środa, 29 kwietnia 2015
Bielenda Professional. Winogronowe masło do ciała. Słodko-kwaśne nawilżanie
Wszelkiego rodzaju balsamy, mleczka, czy też masła do ciała stały się moim codziennym rytuałem, którego nie sposób już pominąć. Skóra stała się tak wymagająca, że jeden dzień bez balsamu skutkuje ogromnym dyskomfortem.
Winię po części za ten stan klimatyzację, to ona może siać takie spustoszenie, wiem jednak że i długie kąpiele jej nie służą, szczególnie w tak ciepłej wodzie, jaką ja uwielbiam.
Winogronowe masło do ciała Bielendy, dołączyło do mojej codziennej pielęgnacji kilka tygodni temu. Zepchnęło na bok inny tego typu kosmetyk, choć zazwyczaj nie mam dwóch otwartych w tym samym czasie. Poprzednik leży jednak odtrącony, a mnie jakoś nie w smak po niego sięgać.
Masło Bielenda urzekło mnie swoją gładką i aksamitną konsystencją, tutaj masło, faktycznie jest masłem. Bogata konsystencja niesie za sobą niesamowite uczucie ukojenia i nawilżenia skóry, choć wymaga dłuższej chwili na rozprowadzenie i wmasowanie w ciało.
Po chwili można zacząć się ubierać, choć lepiej w luźniejsze spodnie, lub piżamę.
Najbardziej nieoczywisty jest zapach, w którym pokładałam ogromne nadzieje. Trudno doszukać się tutaj winogrona, choć sam zapach jest bardzo przyjemny, słodko-kwaśny, jadalny, ale czy tak pachnie ten owoc, sama nie wiem, raczej nie. Niemniej jednak używam go z przyjemnością, bo dzięki niemu moja skóra odzyskuje komfort nawilżenia.
Nie wiem jak odnieść się do obiecywanego ujędrnienia i redukcji cellulitu, w moim odczuciu skóra nawilżona staje się jędrna i na tym się opieram. Na wyszczuplenie, czy pomoc w tym procesie raczej się nie nastawiam, kosmetyk aż takich mocy nie posiada.
Podsumowując, masło funduje mi bardzo dobre nawilżenie i ciekawy zapach, który jeszcze chwilę utrzymuje się na skórze. Jedno z nielicznych maseł, o tak zbitej i aksamitnej zarazem konsystencji.
W kolejce czeka jeszcze peeling z tej samej linii, najwyższa pora i po niego sięgnąć.
Lubicie masła do ciała, po jakie warianty zapachowe sięgacie?
Winię po części za ten stan klimatyzację, to ona może siać takie spustoszenie, wiem jednak że i długie kąpiele jej nie służą, szczególnie w tak ciepłej wodzie, jaką ja uwielbiam.
Winogronowe masło do ciała Bielendy, dołączyło do mojej codziennej pielęgnacji kilka tygodni temu. Zepchnęło na bok inny tego typu kosmetyk, choć zazwyczaj nie mam dwóch otwartych w tym samym czasie. Poprzednik leży jednak odtrącony, a mnie jakoś nie w smak po niego sięgać.
Masło Bielenda urzekło mnie swoją gładką i aksamitną konsystencją, tutaj masło, faktycznie jest masłem. Bogata konsystencja niesie za sobą niesamowite uczucie ukojenia i nawilżenia skóry, choć wymaga dłuższej chwili na rozprowadzenie i wmasowanie w ciało.
Po chwili można zacząć się ubierać, choć lepiej w luźniejsze spodnie, lub piżamę.
Najbardziej nieoczywisty jest zapach, w którym pokładałam ogromne nadzieje. Trudno doszukać się tutaj winogrona, choć sam zapach jest bardzo przyjemny, słodko-kwaśny, jadalny, ale czy tak pachnie ten owoc, sama nie wiem, raczej nie. Niemniej jednak używam go z przyjemnością, bo dzięki niemu moja skóra odzyskuje komfort nawilżenia.
Nie wiem jak odnieść się do obiecywanego ujędrnienia i redukcji cellulitu, w moim odczuciu skóra nawilżona staje się jędrna i na tym się opieram. Na wyszczuplenie, czy pomoc w tym procesie raczej się nie nastawiam, kosmetyk aż takich mocy nie posiada.
Podsumowując, masło funduje mi bardzo dobre nawilżenie i ciekawy zapach, który jeszcze chwilę utrzymuje się na skórze. Jedno z nielicznych maseł, o tak zbitej i aksamitnej zarazem konsystencji.
W kolejce czeka jeszcze peeling z tej samej linii, najwyższa pora i po niego sięgnąć.
Lubicie masła do ciała, po jakie warianty zapachowe sięgacie?
wtorek, 28 kwietnia 2015
Lily Lolo. Puder Flawless Matte. Matujący puder mineralny.
Jako posiadaczka cery mieszanej, ze sporą tendencją do błyszczenia w strefie T, z otwartymi ramionami witam wszelkie produkty matujące, pojawiające się w moich progach. Tak też było z pudrem marki Lily Lolo o takich właściwościach.
Dodatkowym atutem pudru był kolor, a raczej brak narzuconego odcienia, bo te białe najlepiej się u mnie sprawdzają, odpada też przy okazji dylemat wyboru.
Zacznę od początku, bo już na starcie pojawiły się pierwsze zachwyty. Opakowanie - prawdziwe cudeńko, klasyczne i eleganckie w swej prostocie. Już sam kartonik jest tak minimalistycznie zachwycający, że przez długi czas trzymałam puder w jego wnętrzu.
Sitko bez jakichkolwiek problemów dozuje drobno zmielony puder, zamykanie trzyma go również w ryzach, więc można spokojnie zabrać puder podróż.
Prosty skład działa z pewnością na korzyść, szczególnie przy skórze nadwrażliwej, skłonnej do podrażnień i różnych dziwnych reakcji.
Puder nakładam na twarz za pomocą pędzla kabuki Lily Lolo. Niewielką ilość wysypuję na spodek, kolistymi ruchami wtłaczam proszek w pędzel, potem strzepuję nadmiar, znów nabieram puder kolistymi ruchami, kończę stuknięciem trzonkiem w blat. Robię to, by uniknąć pylenia i nakładać puder oszczędnie, tylko niewielką jego ilość.
Na czoło, nos i brodę aplikuję puder dociskając pędzel do wybranych partii twarzy, natomiast resztę tylko delikatnie omiatam.
Mat jaki otrzymuję, wygląda naturalnie, nie mam uczucia że nałożyłam kolejną zaporową warstwę makijażu. Puder w żadnym wypadku nie pobiela, nie jest też widoczny na twarzy.
Zawsze można jednak dodatkowo spryskać twarz wodą termalną, wtedy ewentualne pudrowe wykończenie znika, a całość idealnie się stapia.
Efekt utrzymuje się kilka godzin, w zależności od tego jak spędzam dzień i jakiego kremu użyłam przed nałożeniem makijażu. Bywa że bez poprawek makijaż wygląda świeżo przez 3-4 godziny, czasem nawet 5 czy 6. Potem muszę użyć bibułki matującej, by zebrać nadmiar sebum, co uważam za obowiązkowe w ciągu długiego dnia.
Puder nie wywołał niepożądanych reakcji na mojej kapryśnej skórze, uważam go zatem za bezpieczny, nawet w przypadkach tak trudnych w obsłudze, jakim ja jestem.
7g produktu starczy mi zapewne na długie lata, biorąc pod uwagę jak niewielką jego ilość nabieram podczas wykończenia jednego makijażu.
A Wy jakich pudrów używacie do wykończenia makijażu?
Dodatkowym atutem pudru był kolor, a raczej brak narzuconego odcienia, bo te białe najlepiej się u mnie sprawdzają, odpada też przy okazji dylemat wyboru.
Zacznę od początku, bo już na starcie pojawiły się pierwsze zachwyty. Opakowanie - prawdziwe cudeńko, klasyczne i eleganckie w swej prostocie. Już sam kartonik jest tak minimalistycznie zachwycający, że przez długi czas trzymałam puder w jego wnętrzu.
Sitko bez jakichkolwiek problemów dozuje drobno zmielony puder, zamykanie trzyma go również w ryzach, więc można spokojnie zabrać puder podróż.
Prosty skład działa z pewnością na korzyść, szczególnie przy skórze nadwrażliwej, skłonnej do podrażnień i różnych dziwnych reakcji.
Puder nakładam na twarz za pomocą pędzla kabuki Lily Lolo. Niewielką ilość wysypuję na spodek, kolistymi ruchami wtłaczam proszek w pędzel, potem strzepuję nadmiar, znów nabieram puder kolistymi ruchami, kończę stuknięciem trzonkiem w blat. Robię to, by uniknąć pylenia i nakładać puder oszczędnie, tylko niewielką jego ilość.
Na czoło, nos i brodę aplikuję puder dociskając pędzel do wybranych partii twarzy, natomiast resztę tylko delikatnie omiatam.
Mat jaki otrzymuję, wygląda naturalnie, nie mam uczucia że nałożyłam kolejną zaporową warstwę makijażu. Puder w żadnym wypadku nie pobiela, nie jest też widoczny na twarzy.
Zawsze można jednak dodatkowo spryskać twarz wodą termalną, wtedy ewentualne pudrowe wykończenie znika, a całość idealnie się stapia.
Efekt utrzymuje się kilka godzin, w zależności od tego jak spędzam dzień i jakiego kremu użyłam przed nałożeniem makijażu. Bywa że bez poprawek makijaż wygląda świeżo przez 3-4 godziny, czasem nawet 5 czy 6. Potem muszę użyć bibułki matującej, by zebrać nadmiar sebum, co uważam za obowiązkowe w ciągu długiego dnia.
Puder nie wywołał niepożądanych reakcji na mojej kapryśnej skórze, uważam go zatem za bezpieczny, nawet w przypadkach tak trudnych w obsłudze, jakim ja jestem.
7g produktu starczy mi zapewne na długie lata, biorąc pod uwagę jak niewielką jego ilość nabieram podczas wykończenia jednego makijażu.
A Wy jakich pudrów używacie do wykończenia makijażu?
środa, 22 kwietnia 2015
Bourjois. Illuminating Touch - Rozświetlacz kolory 96 i 97
O ile o różach Bourjois jest wszędzie głośno, stały się swego rodzaju kultowym kosmetykiem Bourjois i sztandarowym produktem wypiekanym pod logo tej marki, tak o rozświetlaczach ich produkcji jest raczej mało informacji.
O ich istnieniu uświadomiło mnie Allegro, ono potrafi uzmysłowić i odkryć nasze potrzeby, zanim sami wpadniemy na to, że czegoś nam brakuje ;). Systematycznie wklepuję w wyszukiwarkę nazwę tej marki, w poszukiwaniu brakujących nr róży, natrafiłam na rozświetlacze, które wyglądem opakowania i strukturą przypominają tak lubiane przeze mnie róże.
W przeciągu kilku miesięcy udało mi się kupić dwa dostępne warianty kolorystyczne:
97 - Rose Essentiel
96 - Rose Universel
Wybrałam testerowe opakowania, poniekąd poprzez cenę, a z drugiej strony, wiedziałam że będę chciała przesiedlić te kosmetyki do palety magnetycznej.
Plusem rozświetlaczy Bourjois są z pewnością niewielki rozmiar i waga. Regularne opakowanie jest szczelne i wygodne, a ten kto zna formułę wie, że jest ona niesamowicie wydajna i praktycznie trudno jest je zużyć. Kupując raz, mamy kosmetyk na lata, o ile oczywiście efekt nam odpowiada i jest dla nas satysfakcjonujący.
Tutaj właśnie, pojawiają się dla mnie pierwsze schody i wady które dostrzegam.
Rose Essentiel 97 zdecydowanie bardziej do mnie przemawia, chłodniejszy, w jaśniejszym kolorze, byłby ideałem, gdyby nie zbyt duże drobinki, które trudno nazwać subtelnymi.
Owszem radzę sobie z tym, zaraz po nabraniu kosmetyku na pędzel, strzepuję nadmiar, w nadziei że usunę i sporą część drobinek, aplikuję więc minimalną ilość produktu, wtedy efekt jest do przyjęcia, choć spora jego część odlatuje na dywan i podłogę.
Rose Universel 96 ma w moim odczuciu mniejsze drobinki, jednak dla mnie kolor jak na rozświetlacz jest zbyt intensywny i zbyt brzoskwiniowy, co przy mojej dość jasnej cerze dyskwalifikuje go jako rozświetlacz. Odmienne zdanie mogą mieć osoby z ciemniejszą karnacją.
Gdyby z 97 usunąć drobinki, a zostawić opalizujący kolor, byłby on najbliżej ideału. Niestety na tę chwilę nim nie jest i raczej nie będzie.
Nie są to kosmetyki złe, tolerując drobinki w 97 i ciemny kolor w 96, myślę że mogą znaleźć swoich wielbicieli. Dla kogoś o ciemniejszej i cieplejszej karnacji, 96 może okazać się świetną opcją.
U mnie kosmetyki te wywołują raczej mieszane uczucia. Może gdybym nie miała lepszych w tej dziedzinie, nie kręciłabym tak nosem. Niemniej jednak, nie takiego wykończenia i efektu spodziewam się po rozświetlaczu.
Miałyście może styczność z tymi produktami?
O ich istnieniu uświadomiło mnie Allegro, ono potrafi uzmysłowić i odkryć nasze potrzeby, zanim sami wpadniemy na to, że czegoś nam brakuje ;). Systematycznie wklepuję w wyszukiwarkę nazwę tej marki, w poszukiwaniu brakujących nr róży, natrafiłam na rozświetlacze, które wyglądem opakowania i strukturą przypominają tak lubiane przeze mnie róże.
W przeciągu kilku miesięcy udało mi się kupić dwa dostępne warianty kolorystyczne:
97 - Rose Essentiel
96 - Rose Universel
Wybrałam testerowe opakowania, poniekąd poprzez cenę, a z drugiej strony, wiedziałam że będę chciała przesiedlić te kosmetyki do palety magnetycznej.
| Od lewej 97 i 96 |
Plusem rozświetlaczy Bourjois są z pewnością niewielki rozmiar i waga. Regularne opakowanie jest szczelne i wygodne, a ten kto zna formułę wie, że jest ona niesamowicie wydajna i praktycznie trudno jest je zużyć. Kupując raz, mamy kosmetyk na lata, o ile oczywiście efekt nam odpowiada i jest dla nas satysfakcjonujący.
Tutaj właśnie, pojawiają się dla mnie pierwsze schody i wady które dostrzegam.
Rose Essentiel 97 zdecydowanie bardziej do mnie przemawia, chłodniejszy, w jaśniejszym kolorze, byłby ideałem, gdyby nie zbyt duże drobinki, które trudno nazwać subtelnymi.
Owszem radzę sobie z tym, zaraz po nabraniu kosmetyku na pędzel, strzepuję nadmiar, w nadziei że usunę i sporą część drobinek, aplikuję więc minimalną ilość produktu, wtedy efekt jest do przyjęcia, choć spora jego część odlatuje na dywan i podłogę.
Rose Universel 96 ma w moim odczuciu mniejsze drobinki, jednak dla mnie kolor jak na rozświetlacz jest zbyt intensywny i zbyt brzoskwiniowy, co przy mojej dość jasnej cerze dyskwalifikuje go jako rozświetlacz. Odmienne zdanie mogą mieć osoby z ciemniejszą karnacją.
Gdyby z 97 usunąć drobinki, a zostawić opalizujący kolor, byłby on najbliżej ideału. Niestety na tę chwilę nim nie jest i raczej nie będzie.
Nie są to kosmetyki złe, tolerując drobinki w 97 i ciemny kolor w 96, myślę że mogą znaleźć swoich wielbicieli. Dla kogoś o ciemniejszej i cieplejszej karnacji, 96 może okazać się świetną opcją.
U mnie kosmetyki te wywołują raczej mieszane uczucia. Może gdybym nie miała lepszych w tej dziedzinie, nie kręciłabym tak nosem. Niemniej jednak, nie takiego wykończenia i efektu spodziewam się po rozświetlaczu.
Miałyście może styczność z tymi produktami?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



