Żel pod prysznic, niby rzecz przyziemna, podstawowa, czasem nawet przypadkowa. Dla mnie niejednokrotnie również. Bywa jednak tak, że trafia się na kosmetyk nade wszystko idealny, zarówno pod kątem ceny, konsystencji, wydajności, właściwości i zapachu.
Po raz pierwszy z żelem pod prysznic Lierac miałam styczność już rok temu, za sprawą mini zestawów z olejkami, wtedy też rozkochał mnie w sobie zapach tej serii.
Żel Sensoriel to wspaniała kompozycja trzech białych kwiatów: gardenii, kamelii i jaśminu, i o ile zawsze w zapachach unikałam mocno zdefiniowanych kwiatowych nut, tak tutaj pokazują one zupełnie inne oblicze. Kwiaty są w niej ciepłe, otulające, kobiece, w żadnym wypadku nie ma tutaj mowy o duszących i męczących akordach. Odrobina słodyczy, ale niezbyt przesadna, skrapiająca kwiatowy bukiet niczym rosa, pozwala na chwilę ukojenia i relaksu.
Lierac, Gel Douche Sensoriel Aux 3 Fleurs Blanches, oprócz zapachu cechuje też niesamowita wydajność. Gęsta konsystencja sprawia, że niewielka jego ilość wystarczy, by umyć większy obszar ciała.
W trakcie kontaktu z wodą i rozcierania, tworzy bardziej krem niż pianę. Nie wysusza skóry, nie powoduje również jej ściągnięcia.
Zapach, który rozpieszcza podczas kąpieli, jak i po niej, pozostając wyczuwalny na skórze, oraz zaskakująca wydajność stają się ideałem, jeśli żel można upolować w promocji. Tak jak ja miałam okazję.
Po wspomnianych wcześniej mini zestawach z tym żelem, polowałam na jakąś obniżkę w ofercie Lierac. Jakiś czas temu udało mi się kupić mgiełkę z tej linii, za niecałe 30zł w pojemności 100ml, była to nie lada gratka, z której bardzo się cieszę.
Doczekałam się i promocji na żel - 11,89zł za 150ml mojego ideału było na tyle kuszącą propozycją że wzięłam 4 sztuki. Regularne ceny wahające się w okolicach 25-35zł były dla mnie zbyt wygórowaną kwotą, nawet jeśli kosmetyk sprawia mi tyle radości.
Gdyby nie taka okazja, po żelu zapewne pozostałoby na długo tylko miłe wspomnienie. Stało się jednak inaczej, więc i żel zasługuje na wyróżnienie i kilka miłych słów notki.
Żel, niby to tylko żel, ale ten jest w moim odczuciu wyjątkowy, trochę luksusowy, rozpieszczający.
Jesień i zima będą u mnie niesamowicie kwiatowe i pachnące.
Miałyście okazję wąchać kosmetyki z tej linii, lub tej nowej odświeżonej, tegorocznej?
czwartek, 6 listopada 2014
środa, 5 listopada 2014
Palladio. High Intensity Herbal Lip Balm. Kolor Cabaret
Ci którzy czytają mnie od czasu do czasu wiedzą, że uwielbiam pomadki w kredce. Łatwa forma aplikacji, w dużej mierze intensywne kolory i dobra trwałość, skłaniają mnie do ciągłych zakupów.
O pomadkach Palladio pisałam już więc nie raz. W moich zasobach posiadam 4 kolory.
Dziś pora na pokazanie ostatniego z kupionych, kolor Cabaret, bo to o nim dziś mowa, kupiłam na Targach kosmetycznych w Warszawie, gdzie dostępna była ich szafa.
Tak dobrze znane już solidne opakowanie, które mimo noszenia w torebce, w jednej przegródce z kluczami nie traci na walorach estetycznych i wizualnych. Napisy nie ścierają się, jak to jest w przypadku kilku innych marek.
Nade wszystko ich szczególną cechą, która mnie do nich przyciąga, jest niesamowita trwałość pomadki. Mocno nasycony kolor trwa na ustach długie godziny. Wykończenie jakie daje nazwałabym półmatowym, a może kremowym, choć jak widać na zdjęciach niżej, można uzyskać efekt delikatniejszy, bardziej błyszczący, nakładając pomadkę na balsam ochronny do ust.
Cabaret to odcień koralowy, choć wszystko zależy od światła. Czasem jawi się jak delikatniejsza brzoskwinia, jeśli rozetrzemy niewielką ilość palcem, innym razem widzę podtony malinowe. Dla każdego coś dobrego.
Jedno pociągnięcie pomadki daje mocne pokrycie kolorem. Kiedy chcę coś bardziej subtelnego, muskam tylko usta pomadką, a resztę rozcieram palcem, dodając na koniec odrobinę balsamu ochronnego do ust.
Szkoda że gama kolorystyczna jest dość wąska, mimo to jeszcze jeden z dostępnych odcieni mnie ciekawi.
Koral w takim wydaniu mogę nosić, choć raczej unikałam takich pomadek.
Jaką ostatnio Wy kupiłyście pomadkę?
O pomadkach Palladio pisałam już więc nie raz. W moich zasobach posiadam 4 kolory.
Dziś pora na pokazanie ostatniego z kupionych, kolor Cabaret, bo to o nim dziś mowa, kupiłam na Targach kosmetycznych w Warszawie, gdzie dostępna była ich szafa.
Tak dobrze znane już solidne opakowanie, które mimo noszenia w torebce, w jednej przegródce z kluczami nie traci na walorach estetycznych i wizualnych. Napisy nie ścierają się, jak to jest w przypadku kilku innych marek.
Nade wszystko ich szczególną cechą, która mnie do nich przyciąga, jest niesamowita trwałość pomadki. Mocno nasycony kolor trwa na ustach długie godziny. Wykończenie jakie daje nazwałabym półmatowym, a może kremowym, choć jak widać na zdjęciach niżej, można uzyskać efekt delikatniejszy, bardziej błyszczący, nakładając pomadkę na balsam ochronny do ust.
Cabaret to odcień koralowy, choć wszystko zależy od światła. Czasem jawi się jak delikatniejsza brzoskwinia, jeśli rozetrzemy niewielką ilość palcem, innym razem widzę podtony malinowe. Dla każdego coś dobrego.
Jedno pociągnięcie pomadki daje mocne pokrycie kolorem. Kiedy chcę coś bardziej subtelnego, muskam tylko usta pomadką, a resztę rozcieram palcem, dodając na koniec odrobinę balsamu ochronnego do ust.
Szkoda że gama kolorystyczna jest dość wąska, mimo to jeszcze jeden z dostępnych odcieni mnie ciekawi.
Koral w takim wydaniu mogę nosić, choć raczej unikałam takich pomadek.
Jaką ostatnio Wy kupiłyście pomadkę?
niedziela, 2 listopada 2014
Zakupy z miesiąca października 2014r
Październik już za nami. Pora więc pokazać, co nowego wskoczyło do koszyków zakupowych.
Nie będę oceniać czy tego dużo, czy mało. Wolałabym żeby było mniej, jednak pokusy czyhają na każdym kroku, a mnie trudno się im oprzeć.
Mała prezentacja:
- Babeczki do kąpieli z Biedronki, kupione już w niższej cenie, ale nie pamiętam ile za nie dałam.
- DeBa, kremy do rąk. Kupione w Biedronce w Annopolu, zupełnie przypadkiem, przejazdem, w Biedronkach w mojej okolicy nigdy ich nie było. Każdy po 3,99zł o ile mnie pamięć nie myli.
- Super Pharm, przy okazji większych zakupów, (już na prezenty) wzięłam dla siebie krem Bioderma. Hydrabio w wersji bogatej
- w Hebe upolowałam krem BB z firmy I want, na razie jest w fazie testów, mogę tylko powiedzieć że kolor jest dla bladolicych odpowiedni. Cena - 35zł.
- Olejek Fenjal, stanowi dla mnie obowiązkowy punkt na chłodne wieczory, przy mojej przesuszającej się skórze na ciele. Koszt - 24zł w Hebe.
- Greenland peeling solny (15zł), miałam już kiedyś w innym wariancie zapachowym. Magia promocji sprawiła że znów jest u mnie, przy okazji dorzuciłam potrzebne akcesoria w dopieszczaniu paznokci.
- Kilka maseczek Montagne Jeunesse. Promocja-promocji i tym sposobem ich ceny wahały się między 2zł-2,99zł .
Wzięłam wszystkie warianty objęte obniżką w Hebe.
- TkMaxx ma świetne organizery akrylowe. Akryl jest trochę grubszy niż ten z Jysk. Do domu ze mną wrócił ten z 3 szufladami i uchwytami w kształcie kulek, widoczny już zatowarowany na zdjęciu. Mimo że akryl grubszy, to musiał uszkodzić się w transporcie do sklepu, bądź jakiś klient go upuścił, był bowiem odprysk tworzywa na rogu. Stąd też obniżka z 67zł za 37zł. Jako że leżą na nim teraz palety, to nie jest to widoczne. W regularnej cenie bym nie wzięła.
- Allegro już dawno niczym mnie nie kusiło, dowiedziałam się jednak z wątku na wizazu, o dobrej cenie zestawu pędzli Madame Lambre, który długi czas chodził mi po głowie. Dorzuciłam 2 pojedyncze pędzle i tak oto są.
- Szczoteczki Curaprox są ze mną od roku, od niedawna można je też dostać już w niektórych aptekach internetowych w Polsce. Postawiłam na sprawdzone miejsce aptekaesculap
Tyle tego dobrego. Mam nadzieję że o niczym nie zapomniałam :)
Oby listopad pozwolił więcej zaoszczędzić.
Nie będę oceniać czy tego dużo, czy mało. Wolałabym żeby było mniej, jednak pokusy czyhają na każdym kroku, a mnie trudno się im oprzeć.
Mała prezentacja:
- Babeczki do kąpieli z Biedronki, kupione już w niższej cenie, ale nie pamiętam ile za nie dałam.
- DeBa, kremy do rąk. Kupione w Biedronce w Annopolu, zupełnie przypadkiem, przejazdem, w Biedronkach w mojej okolicy nigdy ich nie było. Każdy po 3,99zł o ile mnie pamięć nie myli.
- Super Pharm, przy okazji większych zakupów, (już na prezenty) wzięłam dla siebie krem Bioderma. Hydrabio w wersji bogatej
- w Hebe upolowałam krem BB z firmy I want, na razie jest w fazie testów, mogę tylko powiedzieć że kolor jest dla bladolicych odpowiedni. Cena - 35zł.
- Olejek Fenjal, stanowi dla mnie obowiązkowy punkt na chłodne wieczory, przy mojej przesuszającej się skórze na ciele. Koszt - 24zł w Hebe.
- Greenland peeling solny (15zł), miałam już kiedyś w innym wariancie zapachowym. Magia promocji sprawiła że znów jest u mnie, przy okazji dorzuciłam potrzebne akcesoria w dopieszczaniu paznokci.
- Kilka maseczek Montagne Jeunesse. Promocja-promocji i tym sposobem ich ceny wahały się między 2zł-2,99zł .
Wzięłam wszystkie warianty objęte obniżką w Hebe.
- TkMaxx ma świetne organizery akrylowe. Akryl jest trochę grubszy niż ten z Jysk. Do domu ze mną wrócił ten z 3 szufladami i uchwytami w kształcie kulek, widoczny już zatowarowany na zdjęciu. Mimo że akryl grubszy, to musiał uszkodzić się w transporcie do sklepu, bądź jakiś klient go upuścił, był bowiem odprysk tworzywa na rogu. Stąd też obniżka z 67zł za 37zł. Jako że leżą na nim teraz palety, to nie jest to widoczne. W regularnej cenie bym nie wzięła.
- Allegro już dawno niczym mnie nie kusiło, dowiedziałam się jednak z wątku na wizazu, o dobrej cenie zestawu pędzli Madame Lambre, który długi czas chodził mi po głowie. Dorzuciłam 2 pojedyncze pędzle i tak oto są.
- Szczoteczki Curaprox są ze mną od roku, od niedawna można je też dostać już w niektórych aptekach internetowych w Polsce. Postawiłam na sprawdzone miejsce aptekaesculap
Tyle tego dobrego. Mam nadzieję że o niczym nie zapomniałam :)
Oby listopad pozwolił więcej zaoszczędzić.
sobota, 1 listopada 2014
Projekt denko - październik 2014r
Denko październikowe zaskoczyło mnie swoim małym rozmiarem. Kiedy zaczęłam wyciągać wszystko z torby, okazało się że jest tego sporo mniej niż w zeszłych projektach.
Większość opakowań daleko miało do swojego dna, większość rzeczy jakie używam aktualnie, okazuje się bardzo wydajna?
Zbieg kilku okoliczności i oto moje mniejsze niż zazwyczaj denko.
- Dove, dwufazowa odżywka do włosów, była dość dobra, przyjemnie się jej używało, ułatwiała rozczesywanie włosów. recenzja
- Bielenda. Olejek do kąpieli. Tym razem wariant Relax, bardzo je lubię za ogromną i trwałą pianę.
- Fenjal Kremowy olejko-żel pod prysznic, tak bym go określiła. Bardzo przyjemnie pachnie różą, dobrze myje, jest wydajny i nie wysusza.
- Colgate, pasta jak pasta, niezbyt ufam tej marce, więc zdecydowanie powrotu nie będzie. Wolę Lacalut Activ, bądź BioRepair, albo Himalaya.
- tetesept. Puder do kąpieli, bo na pewno nie były to ani perełki, ani sól. Obłędny zapach, przepiękny kolor wody. Jeśli tylko będę mieć okazję, kupię ponownie.
- płatki Tami. Tanie, solidnie wykonane, mam spory zapas.
- Miniatura balsamu do ciała Yves Rocher, kosmetyk przyjemnie nawilżał, szybko się wchłaniał.
- Eva Natura, Tonik do twarzy, to moje kolejne opakowanie. Łagodny tonik, który niweluje uczucie ściągnięcia. Z pewnością wrócę do niego.
Listopad zapowiada się o wiele lepiej. Dziś wrzuciłam do torby 3 puste opakowania, jutro dołączy kolejne.
Znacie któryś z kosmetyków? Jak u Was się sprawdzają?
Większość opakowań daleko miało do swojego dna, większość rzeczy jakie używam aktualnie, okazuje się bardzo wydajna?
Zbieg kilku okoliczności i oto moje mniejsze niż zazwyczaj denko.
- Dove, dwufazowa odżywka do włosów, była dość dobra, przyjemnie się jej używało, ułatwiała rozczesywanie włosów. recenzja
- Bielenda. Olejek do kąpieli. Tym razem wariant Relax, bardzo je lubię za ogromną i trwałą pianę.
- Fenjal Kremowy olejko-żel pod prysznic, tak bym go określiła. Bardzo przyjemnie pachnie różą, dobrze myje, jest wydajny i nie wysusza.
- Colgate, pasta jak pasta, niezbyt ufam tej marce, więc zdecydowanie powrotu nie będzie. Wolę Lacalut Activ, bądź BioRepair, albo Himalaya.
- tetesept. Puder do kąpieli, bo na pewno nie były to ani perełki, ani sól. Obłędny zapach, przepiękny kolor wody. Jeśli tylko będę mieć okazję, kupię ponownie.
- płatki Tami. Tanie, solidnie wykonane, mam spory zapas.
- Miniatura balsamu do ciała Yves Rocher, kosmetyk przyjemnie nawilżał, szybko się wchłaniał.
- Eva Natura, Tonik do twarzy, to moje kolejne opakowanie. Łagodny tonik, który niweluje uczucie ściągnięcia. Z pewnością wrócę do niego.
- Avene. Rich skin recovery cream. Krem kojący do skóry nadwrażliwej, suchej i bardzo suchej. (C.P.I Riche) Kremy Avene bardzo lubię, ten również mi odpowiadał. Świetnie koi podrażnioną i zmęczoną skórę.
- Norel. Krem matujący. Niestety zbyt późno po niego sięgnęłam i szybko minął jego termin ważności. Kiedy dane mi go było używać, matowił na przyzwoitym poziomie.
- Yasumi. Gąbka Konjac w wariancie Pure. Służyła mi bardzo długo. Uwielbiam dokładne oczyszczanie tymi gąbkami. Obecnie kolejna w użyciu. Polecam każdemu.
- Dermedic. Hydrain Hialuro. Płyn micelarny. Niestety nie dam mu wysokiej noty. Nie radził sobie z makijażem, rozmazywał go, według mnie to raczej tonik, bez żadnych właściwości oczyszczających.
- Ampułki Bioderma. To moja kolejna kuracja nimi.
- Flakon Yves Rocher Nature Millenaire. Zapach przepiękny, jesienny, upajający. Na całe szczęście mam jeszcze 2 flakony.
- kilka odlewek, m. in S. Lutens Five O'Clock, oraz Gaiac.
- z próbek największe wrażenie zrobiło na mnie mleczko Le Petit, ma piękny zapach, który cudownie otula ciało.
Listopad zapowiada się o wiele lepiej. Dziś wrzuciłam do torby 3 puste opakowania, jutro dołączy kolejne.
Znacie któryś z kosmetyków? Jak u Was się sprawdzają?
Subskrybuj:
Posty (Atom)








