Znów kolejne Tetesepty wkraczają na strony bloga, mam jeszcze ich niemały zapas,więc i spokojne serce, że ich nie zabraknie.
Piana i zapach, to dla mnie niesamowity relaks podczas kąpieli w wannie. Jedno bez drugiego nie daje mi pełni odprężenia, jeśli do tego pojawia się zmieniony kolor wody, jestem w siódmym niebie.
Schwerelos to kolejny płyn do kąpieli tej marki jaki stoi w mojej łazience, nie zliczę już poprzedników, ale wiem że wiele będzie ich jeszcze w moich rękach.
To jeden z subtelniejszych płynów tej marki, zapach jaki daje jest delikatny, wyważony i lekki. Nie można mu jednak odmówić trwałości, bo jeśli wchodzę do łazienki, gdzie chwilę wcześniej mama brała kąpiel z dodatkiem tego płynu, to w powietrzu unosi się jego wyraźna nuta.
Jeśli tłumacz google nie ściemnia, to akordy w nim wyczuwalne to kwiat migdała, jednak tak różny od tego znanego mi z linii kosmetyków Kneipp.
Płyn wąchany z butelki jest słodki, otulający, wprost jadalny, jednak wlany do wody unosi się niczym rozwiewany wiatrem zapach kwitnących drzew. Jest w nim coś upajającego, ale bardzo delikatnego.
Trwała piana to kolejny atut tych płynów, ale nad tym zachwycam się przy każdej ich recenzji.
Płyn barwi wodę na pastelowo żółty kolor, choć jeśli zaszalejemy z ilością wody, to niestety niknie, domagając się użycia jego większej ilości. Jednak jako że szczędzę jego każdą kroplę, to wolę przymknąć oko na kolor, ale cieszyć się nim dłużej, bądź też przebiegle dosypuję sobie perełek do kąpieli tej marki, które barwią wodę szalenie.
Płyny Tetesept zawojowały moją łazienkę i długo nas nie opuszczą. Liczę że przy okazji kolejnego urlopu dane mi będzie poznać nowe serie i może edycje limitowane, choć największą chrapkę mam na te zimowe.
Jeśli będziecie miały okazję poznać te płyny, nie wahajcie się ani chwili, zabierzcie do kasy chociaż trzy.
Jakie płyny do kąpieli stoją teraz w Waszych łazienkach?
czwartek, 14 stycznia 2016
środa, 13 stycznia 2016
Ulubieńcy 2015 roku - Kosmetyki kolorowe
Kolejna doza ulubieńców z 2015 roku, tym razem zapraszam Was w świat kolorów. Postaram się w krótkiej notce zaprezentować swoich ulubieńców w tej kategorii.
Przyznam od razu, będzie tego sporo, bo trudno byłoby mi istnienie i działanie niektórych pominąć.
Większość z nich to ulubieńcy kilku ostatnich lat, więc część z nich zapewne kojarzycie z moich wpisów.
Zacznę od narzędzi, bo bez nich wykonanie makijażu byłoby praktycznie niemożliwe. Pokazana na zdjęciu garstka pędzli to tylko część z tych, po które sięgam. Znaczna większość to te marki Maestro, oraz pędzel teoretycznie do ust Ruby&Millie, którym ja rysuję kreskę na górnej powiece. Są one podstawą udanego makijażu, oczywiście w moim przypadku. Nie mogę obejść się również bez pęsety Misslyn, pomimo swojego masywnego i topornego wyglądu jest tak wygodna, precyzyjna i skuteczna jak żadna inna. Kolejną kupiłam już na zapas.
Zaczątek każdego makijażu oka, stanowi baza pod cienie Lumene. Jest ona moim ulubieńcem od lat i choć wypróbowana kiedyś baza Bell nie była zła, to i tak bardziej ufam swojej niezawodnej Lumene. Przygotowanie rzęs też zasługuje na uwagę, wieczorami wspomagam ich wzrost serum Long 4 Lashes, a przed nałożeniem tuszu nakładam warstwę bądź dwie Eveline. Advance Volumiere.
Zaraz po nałożeniu bazy, rysuję na powiece wstępną kreskę Maybelline. Master Kajal Khol Liner, dopiero potem zabieram się za zabawę kolorem i aplikację cieni.
W kategorii koloru na powiekach prym wiodły cienie Catrice Liquid Metal, które dają efekt migoczącej tafli i użyte nawet w niewielkiej ilości, są w stanie wiele zmienić nawet w zwykłym, dziennym makijażu. Ulubieńcem był również cień Lily Lolo Golden Lilac, nieoczywisty srebrny fiolet, opalizujący na złoto. Kolejne cienie to te marki Gosh, które cechuje bardzo dobra pigmentacja. Różowy cień z jednej z nich służył mi do rozcierania powyżej załamania powieki, a czarny z palety grafitów i szarości, był bardzo pomocny przy robieniu ostatecznej kreski.
Jeśli miałam ochotę na mocniej zarysowaną kreskę i migoczący jej kolor, sięgałam po Kiko. Super Colour Eyeliner. Kolor 110. Skrzący fioletowymi drobinkami eyeliner, świetnie podkreślał linię rzęs, przyciągając wzrok.
Jest jeszcze jeden cień, o którym chciałabym wspomnieć, to okrągły maluch z Inglota, który kupiłam kiedyś wraz z jakąś gazetą, a raczej kupiłam gazetę dla cienia. Brudny, opalizujący róż idealnie pasuje do makijaży w ciepłych tonacjach.
Ostatnie kosmetyki z tego zdjęcia to ponownie marka Misslyn, a dokładniej korektor o lekkiej konsystencji i niesamowitym kryciu, oraz paleta do brwi z której nade wszystko uwielbiam jasny cień do aplikacji pod łukiem brwiowym.
Tuszem jaki najbardziej mnie zaskoczył był tani My Secret, który z całego roku wspominam najmilej.
Kolejna partia ulubieńców to makijaż twarzy. Królują tutaj róże Bourjois, czego nie trudno nie zauważyć. Również podkład tej marki Flower Perfection zaskoczył mnie swoim kryciem i ładnym wykończeniem, te same kryteria spełnia również 123 Perfect, oba oczywiście w najjaśniejszych kolorach. Podkładem który dodatkowo bardzo dobrze matuje jest L'Oreal Infallible 24H- Matte, który zaraz obok Provoke o tych właściwościach, zapewnia mi pożądane przeze mnie wykończenie. Zarówno jeden jak i drugi mógłby być o pół tonu jaśniejszy.
Puder numer jeden w minionym roku to Revlon Colorstay, jak widać po ubytku, nie ma sobie równych, świetnie matuje i do tego muszę przyznać - dodatkowo kryje. Wśród rozświetlaczy nie ma większej konkurencji, lubię zarówno: LadyCode by Bell, oraz Peggy Sage, a aplikuję je każdorazowo pędzlem Douglas 5B. Do pudru używam niezmiennie Sense&Body, Girls best Friend.
W minionym roku rozrosła się również rodzina palet magnetycznych Vipera, każdy z kształtów i wielkości jest zagospodarowany i używany.
W podkategorii paznokcie wspomnę o utwardzaczu Kinetics Kwik Kote, który polecam wszystkim, jest niezawodny, tani i jest niezaprzeczalnym mistrzem w swojej dziedzinie.
Nowymi ulubieńcami są również lakiery hybrydowe Semilac, które z miejsca zawojowały moje paznokcie. Liczę na kolejne wspólne lata.
Dużo tego, ale nie sposób skrócić tych ulubieńców bardziej. Są to perełki, kosmetyki w moim przypadku niezawodne, których używam z przyjemnością.
Znacie któryś z nich, może i u Was się sprawdzają. A może coś Was szczególnie zaciekawiło?
Przyznam od razu, będzie tego sporo, bo trudno byłoby mi istnienie i działanie niektórych pominąć.
Większość z nich to ulubieńcy kilku ostatnich lat, więc część z nich zapewne kojarzycie z moich wpisów.
Zacznę od narzędzi, bo bez nich wykonanie makijażu byłoby praktycznie niemożliwe. Pokazana na zdjęciu garstka pędzli to tylko część z tych, po które sięgam. Znaczna większość to te marki Maestro, oraz pędzel teoretycznie do ust Ruby&Millie, którym ja rysuję kreskę na górnej powiece. Są one podstawą udanego makijażu, oczywiście w moim przypadku. Nie mogę obejść się również bez pęsety Misslyn, pomimo swojego masywnego i topornego wyglądu jest tak wygodna, precyzyjna i skuteczna jak żadna inna. Kolejną kupiłam już na zapas.
Zaczątek każdego makijażu oka, stanowi baza pod cienie Lumene. Jest ona moim ulubieńcem od lat i choć wypróbowana kiedyś baza Bell nie była zła, to i tak bardziej ufam swojej niezawodnej Lumene. Przygotowanie rzęs też zasługuje na uwagę, wieczorami wspomagam ich wzrost serum Long 4 Lashes, a przed nałożeniem tuszu nakładam warstwę bądź dwie Eveline. Advance Volumiere.
Zaraz po nałożeniu bazy, rysuję na powiece wstępną kreskę Maybelline. Master Kajal Khol Liner, dopiero potem zabieram się za zabawę kolorem i aplikację cieni.
W kategorii koloru na powiekach prym wiodły cienie Catrice Liquid Metal, które dają efekt migoczącej tafli i użyte nawet w niewielkiej ilości, są w stanie wiele zmienić nawet w zwykłym, dziennym makijażu. Ulubieńcem był również cień Lily Lolo Golden Lilac, nieoczywisty srebrny fiolet, opalizujący na złoto. Kolejne cienie to te marki Gosh, które cechuje bardzo dobra pigmentacja. Różowy cień z jednej z nich służył mi do rozcierania powyżej załamania powieki, a czarny z palety grafitów i szarości, był bardzo pomocny przy robieniu ostatecznej kreski.
Jeśli miałam ochotę na mocniej zarysowaną kreskę i migoczący jej kolor, sięgałam po Kiko. Super Colour Eyeliner. Kolor 110. Skrzący fioletowymi drobinkami eyeliner, świetnie podkreślał linię rzęs, przyciągając wzrok.
Jest jeszcze jeden cień, o którym chciałabym wspomnieć, to okrągły maluch z Inglota, który kupiłam kiedyś wraz z jakąś gazetą, a raczej kupiłam gazetę dla cienia. Brudny, opalizujący róż idealnie pasuje do makijaży w ciepłych tonacjach.
Ostatnie kosmetyki z tego zdjęcia to ponownie marka Misslyn, a dokładniej korektor o lekkiej konsystencji i niesamowitym kryciu, oraz paleta do brwi z której nade wszystko uwielbiam jasny cień do aplikacji pod łukiem brwiowym.
Tuszem jaki najbardziej mnie zaskoczył był tani My Secret, który z całego roku wspominam najmilej.
Kolejna partia ulubieńców to makijaż twarzy. Królują tutaj róże Bourjois, czego nie trudno nie zauważyć. Również podkład tej marki Flower Perfection zaskoczył mnie swoim kryciem i ładnym wykończeniem, te same kryteria spełnia również 123 Perfect, oba oczywiście w najjaśniejszych kolorach. Podkładem który dodatkowo bardzo dobrze matuje jest L'Oreal Infallible 24H- Matte, który zaraz obok Provoke o tych właściwościach, zapewnia mi pożądane przeze mnie wykończenie. Zarówno jeden jak i drugi mógłby być o pół tonu jaśniejszy.
Puder numer jeden w minionym roku to Revlon Colorstay, jak widać po ubytku, nie ma sobie równych, świetnie matuje i do tego muszę przyznać - dodatkowo kryje. Wśród rozświetlaczy nie ma większej konkurencji, lubię zarówno: LadyCode by Bell, oraz Peggy Sage, a aplikuję je każdorazowo pędzlem Douglas 5B. Do pudru używam niezmiennie Sense&Body, Girls best Friend.
W minionym roku rozrosła się również rodzina palet magnetycznych Vipera, każdy z kształtów i wielkości jest zagospodarowany i używany.
W podkategorii paznokcie wspomnę o utwardzaczu Kinetics Kwik Kote, który polecam wszystkim, jest niezawodny, tani i jest niezaprzeczalnym mistrzem w swojej dziedzinie.
Nowymi ulubieńcami są również lakiery hybrydowe Semilac, które z miejsca zawojowały moje paznokcie. Liczę na kolejne wspólne lata.
Dużo tego, ale nie sposób skrócić tych ulubieńców bardziej. Są to perełki, kosmetyki w moim przypadku niezawodne, których używam z przyjemnością.
Znacie któryś z nich, może i u Was się sprawdzają. A może coś Was szczególnie zaciekawiło?
wtorek, 12 stycznia 2016
Palmer's. Cocoa Butter Formula. Ultra Moisturizing Lip Balm. Pomadka z masłem kakaowym.
Przez ostatnie lata wierna byłam Carmexowi w słoiczku, głownie na nim opierałam pielęgnację swoich ust. Z czasem jednak musiałam uzupełnić swoje zasoby kosmetyków o coś podręcznego, najlepiej w wygodnym sztyfcie. Pomimo mojej wielkiej miłości do Carmexa w słoiczku i jego świetnego działania, jego szybkie użycie nie jest możliwe. Nie znika on jednak z podium, nadal mam go pod ręką, ale w ciągu dnia, na szybko są ze mną i inne pomadki.
Ostatnio świetnie sprawdzała mi się pomadka Colyfine, jej działanie z całą pewnością zasługuje na uznanie, w swoich zasobach mam jeszcze jednak kilka innych, które czekają na zużycie i tym sposobem ostatnie tygodnie w mojej kieszeni, bądź torebce swoje miejsce ma pomadka w sztyfcie Palmer's.
Produkty Palmer's bazujące na maśle kakaowym są chyba większości znane. Oprócz balsamów do ciała i kremów do rąk, w ich ofercie znajdują się trzy warianty pomadek nawilżających do ust. Ja posiadam tę klasyczną.
Owalny kształt pomadki świetnie leży w ręce, wymaga jednak przyzwyczajenia w momencie aplikacji. Małe opakowanie nie zajmuje zbyt wiele miejsce, zatyczka mocno siedzi na swoim miejscu, nie ma możliwości by pomadka otwarła się w kosmetyczce. Dodatkowym atutem jest filtr SPF 15, zawsze to jakaś ochrona.
Zapach masła kakaowego jest wyczuwalny jedynie podczas samego nakładania, potem znika zupełnie, przynajmniej ja go nie wyczuwam. Pojawia się natomiast mrowienie ust, które całkowicie mnie zaskoczyło. Nie wiem skąd się ono bierze, na ustach mojej drugiej połowy tego efektu nie było, a u mnie jest po każdorazowej aplikacji. Trwa dobre kilkanaście minut, potem znika. Nie niesie za sobą jednak żadnego zaczerwienienia czy obrzęku.
Właściwości nawilżające pomadki oceniam jako bardzo dobre, choć Carmexu, czy też Colyfine nie przebije. Używam jej chętnie, choć mogłaby utrzymywać się na ustach trochę dłużej.
Plusem jest fakt że jest na tyle miękka, ze dobrze sunie po ustach, a mimo to że rozpływa się pod wpływem ciepła, kiedy noszę ją w kieszeni.
Jakich pomadek do ust w sztyfcie używacie obecnie? Macie swoje ulubione, czy zmieniacie, by przełamać rutynę?
Ostatnio świetnie sprawdzała mi się pomadka Colyfine, jej działanie z całą pewnością zasługuje na uznanie, w swoich zasobach mam jeszcze jednak kilka innych, które czekają na zużycie i tym sposobem ostatnie tygodnie w mojej kieszeni, bądź torebce swoje miejsce ma pomadka w sztyfcie Palmer's.
Produkty Palmer's bazujące na maśle kakaowym są chyba większości znane. Oprócz balsamów do ciała i kremów do rąk, w ich ofercie znajdują się trzy warianty pomadek nawilżających do ust. Ja posiadam tę klasyczną.
Owalny kształt pomadki świetnie leży w ręce, wymaga jednak przyzwyczajenia w momencie aplikacji. Małe opakowanie nie zajmuje zbyt wiele miejsce, zatyczka mocno siedzi na swoim miejscu, nie ma możliwości by pomadka otwarła się w kosmetyczce. Dodatkowym atutem jest filtr SPF 15, zawsze to jakaś ochrona.
Zapach masła kakaowego jest wyczuwalny jedynie podczas samego nakładania, potem znika zupełnie, przynajmniej ja go nie wyczuwam. Pojawia się natomiast mrowienie ust, które całkowicie mnie zaskoczyło. Nie wiem skąd się ono bierze, na ustach mojej drugiej połowy tego efektu nie było, a u mnie jest po każdorazowej aplikacji. Trwa dobre kilkanaście minut, potem znika. Nie niesie za sobą jednak żadnego zaczerwienienia czy obrzęku.
Właściwości nawilżające pomadki oceniam jako bardzo dobre, choć Carmexu, czy też Colyfine nie przebije. Używam jej chętnie, choć mogłaby utrzymywać się na ustach trochę dłużej.
Plusem jest fakt że jest na tyle miękka, ze dobrze sunie po ustach, a mimo to że rozpływa się pod wpływem ciepła, kiedy noszę ją w kieszeni.
Jakich pomadek do ust w sztyfcie używacie obecnie? Macie swoje ulubione, czy zmieniacie, by przełamać rutynę?
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Balea Professional Silber-Glanz Szampon do włosów siwych lub bardzo jasnych.
W zeszłym roku podjęłam decyzję o zejściu do naturalnego koloru włosów. Była to decyzja może nie do końca przemyślana, ale jednak chodziła mi po głowie, wiedziałam że łatwo nie będzie, niemniej jednak na takie trudności nie byłam przygotowana.
Moje wspomnienie naturalnego koloru włosów odbiega trochę od tego co widzę na odrostach, ponadto ciągłe farbowanie na ton ciemniejszy kolor, a w efekcie uzyskiwanie w niektórych miejscach prawie czarnego koloru, stanowiło główny problem.
Zdecydowałam się na zrobienie jasnych, chłodnych refleksów na długości włosów pokrytej farbą, bez wchodzenia na naturalny już odrost. Chciałam dzięki temu zminimalizować kontrast jaśniejszego odrostu i ciemniejszej długości. Pomysł w zamyśle dobry, jednak uzyskany efekt już nie do końca.
Po wypłukaniu tonera, okazało się że pasma mają żółty kolor, nawet nie złocisty, a po prostu żółty.
Te przy karku wyglądały w porządku, ale bok, szczególnie lewy, mocno mnie rozczarował.
Być może kolejna wizyta u fryzjera i poprawka całości przyniosłaby rezultat, jednak rozjaśnianie pasm nie obyło się bez szkód w kondycji moich włosów, więc odpuściłam ten pomysł. 140zł wolę zaoszczędzić na realizację innych marzeń, a włosy w końcu kiedyś odrosną.
Trudno było mi jednak patrzeć na te rude-żółtki, wkroczyłam więc z szamponem mającym nadać srebrne tony włosom jasnym i ściągnąć żółć z moich refleksów.
Wybór padł na Balea Professional Silber-Glanz, do zakupu tego konkretnego szamponu skłoniła mnie zwykła ciekawość.
Wygodne opakowanie, niska cena i chęć posiadania kosmetyku trudniej u nas dostępnego, jednak o dobrych opiniach wobec marki.
Jak szampon poradził sobie z moim problemem?
No cóż, nie do końca sprostał oczekiwaniom.
Początkowo stosowałam go każdego dnia, jednak miałam wrażenie że włosy domagały się na powrót czegoś nawilżającego, regenerującego. Używałam go więc potem zamiennie z innymi, mocniej pielęgnującymi szamponami. Oczywiście odżywka, maska, serum, wszystko to dopełniało moją pielęgnację. Niestety nie doczekałam się znacznego wpływu na odcień refleksów. Nie dla mnie widać ten szampon i nie dla moich wymarzonych włosów.
Myślałam jeszcze o szamponie, odżywce bądź masce z Joanny, ale chyba nie chcę męczyć włosów i prócz żółci fundować sobie jeszcze siana na głowie.
Dorastam powoli do decyzji o ścięciu kilku centymetrów, które najbardziej ucierpiały przy uzyskiwaniu refleksów, pozbędę się tym samym trochę żółtych i farbowanych wcześniej włosów.
Szampon sam w sobie dobrze się pieni, jest tani i wydajny, jednak nie działał tak jak zakładałam, pozostanę więc przy szamponach pielęgnujących włosy.
Co myślicie o powrocie do naturalnego koloru włosów? Zdecydowałybyście się na ten krok? U mnie już przeszło pół roku od kiedy nie farbuję włosów, a jeszcze długa droga przede mną.
Moje wspomnienie naturalnego koloru włosów odbiega trochę od tego co widzę na odrostach, ponadto ciągłe farbowanie na ton ciemniejszy kolor, a w efekcie uzyskiwanie w niektórych miejscach prawie czarnego koloru, stanowiło główny problem.
Zdecydowałam się na zrobienie jasnych, chłodnych refleksów na długości włosów pokrytej farbą, bez wchodzenia na naturalny już odrost. Chciałam dzięki temu zminimalizować kontrast jaśniejszego odrostu i ciemniejszej długości. Pomysł w zamyśle dobry, jednak uzyskany efekt już nie do końca.
Po wypłukaniu tonera, okazało się że pasma mają żółty kolor, nawet nie złocisty, a po prostu żółty.
Te przy karku wyglądały w porządku, ale bok, szczególnie lewy, mocno mnie rozczarował.
Być może kolejna wizyta u fryzjera i poprawka całości przyniosłaby rezultat, jednak rozjaśnianie pasm nie obyło się bez szkód w kondycji moich włosów, więc odpuściłam ten pomysł. 140zł wolę zaoszczędzić na realizację innych marzeń, a włosy w końcu kiedyś odrosną.
Trudno było mi jednak patrzeć na te rude-żółtki, wkroczyłam więc z szamponem mającym nadać srebrne tony włosom jasnym i ściągnąć żółć z moich refleksów.
Wybór padł na Balea Professional Silber-Glanz, do zakupu tego konkretnego szamponu skłoniła mnie zwykła ciekawość.
Wygodne opakowanie, niska cena i chęć posiadania kosmetyku trudniej u nas dostępnego, jednak o dobrych opiniach wobec marki.
Jak szampon poradził sobie z moim problemem?
No cóż, nie do końca sprostał oczekiwaniom.
Początkowo stosowałam go każdego dnia, jednak miałam wrażenie że włosy domagały się na powrót czegoś nawilżającego, regenerującego. Używałam go więc potem zamiennie z innymi, mocniej pielęgnującymi szamponami. Oczywiście odżywka, maska, serum, wszystko to dopełniało moją pielęgnację. Niestety nie doczekałam się znacznego wpływu na odcień refleksów. Nie dla mnie widać ten szampon i nie dla moich wymarzonych włosów.
Myślałam jeszcze o szamponie, odżywce bądź masce z Joanny, ale chyba nie chcę męczyć włosów i prócz żółci fundować sobie jeszcze siana na głowie.
Dorastam powoli do decyzji o ścięciu kilku centymetrów, które najbardziej ucierpiały przy uzyskiwaniu refleksów, pozbędę się tym samym trochę żółtych i farbowanych wcześniej włosów.
Szampon sam w sobie dobrze się pieni, jest tani i wydajny, jednak nie działał tak jak zakładałam, pozostanę więc przy szamponach pielęgnujących włosy.
Co myślicie o powrocie do naturalnego koloru włosów? Zdecydowałybyście się na ten krok? U mnie już przeszło pół roku od kiedy nie farbuję włosów, a jeszcze długa droga przede mną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)